czwartek, 9 września 2010

sinusoidy, surfing i mercury prize czyli wakacje dla opornych\\

hej! pamiętacie nas jeszcze?
Bo my o fafafararara troszkę zapomniałyśmy w letnie dni, ale jesień za oknami, zaczynamy studia, więc żeby mieć dobrą wymówkę do nieuczenia się zaczynamy pisać. Josi coś dla was tworzy, mam nadzieję, że bardziej intensywnie niż relację z The Dead Weather... ja tymczasem postanowiłam podsumować najważniejsze dla mnie muzyczne wydarzenia i wydawnictwa tego lata. Gotowi?

Na pierwszy ogień idą Foals czyli kapela, która jak nic innego na świecie kojarzy mi się z latem. Co nie zmienia faktu, że słucham jej także wiosną, jesienią, a w szczególności zimą. Łąki, kwiaty, motyle, zachody słońca, przyszłość (nigdy przeszłość), niesamowite umiejętności, podróże jak najdalej, ucieczki od teraźniejszości, znikanie i pojawianie się, kolejne szpitale, Miami, złoto, ciche bicie serc, sinusoidy, dzieci, złoto, czarne złoto, spadające gwiazdy, nieco halucynogenna teraźniejszość, eksplozje, astronauci i inne. Czaszek nie ma więc psychodelią tego nie nazwiemy, a przynajmniej znam takich, którzy nie nazwą. Foals co prawda w wakacje nic nie wydali, ale zagrali kilka genialnych festiwalowych koncertów (Leeds, Reading, Pukkelpop, Fuji). Zostali także nominowani do prestiżowej Mercury Prize. Wygrali The xx. To chyba dobrze, Foals są zbyt indie na Mercury Prize...



Teraz pan, który podczas wakacji wydał dwa genialne floorfillery. Mowa oczywiście o panu Marku Ronsonie. Tak, właśnie o nim! Pan perfekcja. Człowiek dla którego chętnie nauczę się francuskiego. Ronson wie, co jest modne i idealnie wpasowuje się w klimat. Jest boom na vintage i proszę ukazuje się 'Bang, Bang, Bang' nagrane wspólnie z Q-Tip'em (którego część was może kojarzyć z którejś tam edycji Openera) i elektronicznym duetem MNDR (czty.mandar). Z teledyskiem, w którym Mark przenosi się w czasie do lat osiemdziesiątych i wraz z ziomkami kręci epicki melanż. Jest hype na rowery i co robi Mark? Bierze wokalistę brytyjskiego The View - Kyle Falconera i nagrywa 'The Bike Song'. W teledysku jeździ na rowerze i prezentuje swoją platynową fryzurę na Morrisseya, podrywając z Kyle'm dziewuszki ubrane w vintage ciuszki. Wow! Przestań z tą perfekcją, Mark! Przestań!



A tak serio, to dawno nie mieliśmy do czynienia z tak utalentowanym producentem. Wie co się sprzeda, przewiduje trendy, ale w przeciwieństwie do czysto mainstreamowych Timbalanda czy innych wielkich show bizu, potrafi zmusić nas do tańca czymś innym niż 'pokaż cycki i trzęś tyłkiem, suko'. Jest seksowny, ale nie wulgarny, ma klasę i styl angielskiego gentlemana. Z niecierpliwością czekam na jego najnowszy album 'Record Collection', który ukaże się 27 września. Gościnie z Markiem Ronsonem & The Business Intl wystąpią między innymi Ghostface Killah, Wiley i (oh, mój boże! tak!) Jamie Reynolds, o którym za chwilę.

Ale najpierw chciałabym jeszcze wspomnieć o innym floorfillerze, który w te wakacje zawrócił mi w głowie, a mianowicie o 'After Dark', The Count And Sinden z Blaine i Willim z Mystery Jets na featuringu. Zapętlałam ten hicior godzinami! I znowu muszę pochwalić panów za klimatyczny i zabawny teledysk. Szacun dla tancerzy, którzy w nim występują, za zabawne, old schoolowe ruchy, których nie idzie powtórzyć, nawet po pijaku. Nie to żebym próbowała. I fenomenalny Willy, który samego siebie przeszedł rzucając zalotne spojrzenia w stronę telewidzów. Z debiutem The Count And Sinden nie udało mi się jeszcze zapoznać, ale po takim singlu na pewno wcześniej czy później się do niego dorwę.




A teraz wróćmy do wspomnianego wcześniej Jamiego Reynoldsa (mojego przyszłego męża) i jego równie wspaniałych kolegów: Jamesa, Simona i Stefana z zespołu Klaxons. Moim faworytom nareszcie udało się wydać drugą studyjną płytę zatytułowaną 'Surfing The Void'. I owszem było gadanie, że materiał będzie słaby, bo wytwórnia odrzuciła pierwotną wersję i w ogóle druga płyta zespołu, który za pierwszą dostał Mercury Prize musi nie wyjść. Niespodzianka! Klaxons przygotowali dla nas całkiem ciekawy materiał. Zacznę od pochwalenia artworku. Boże, kto wpadł na pomysł okładki płyty? Charakterystyczna, intrygująca, genialnie współgra z tytułem płyty. Równie ciekawa jest okładka do pierwszego singla z 'Surfing The Void' czyli 'Echoes'. Grafika przestawiająca zjazd rodzinny Klaxonsów? To chyba najbardziej odpowiedni termin dla określenia tego zdjęcia. Fenomenalne, oryginalne pomysły. Będąc przy 'Echoes' trzeba także pochwalić teledysk (coś dużo fajnych teledysków ostatnio). Popatrzcie sami!



Jeżeli chodzi o samą płytę to bardzo, bardzo na nią czekałam. Zastanawiałam się co Klaxonsi zrobią z etykietką 'nu rave', którą przypięły im z okazji pierwszej płyty media, z NME na czele. Oczywiście nazwanie muzyki Klaxons 'nu ravem' było nie tyle trafne, co wygodne, bo muzykę zespołu trudno jednoznacznie zdefiniować. (Jak mi ktoś powie, że takie np: 'Golden Skans' to 'nu rave', to się załamię nerwowo). Chłopcy, brzmią nadal bardzo charakterystycznie. Słychać jednak postęp. Na płycie są utwory do tańca, makabryczne kompozycje w których Jamie i James drą się niemiłosiernie (tytułowe'Surfing The Void'), ale są też romansidła takie jak moje ulubione 'Twin Flames' ze wspaniałym tekstem. Są także kawałki takie jak 'Cypherspeed' psychodeliczne, jakby rodem z jakiegoś starego horroru. Szczególnie podobają mi się zmiany nastroju na tej płycie. Z 'Venusia', które jest spokojnym, pet shop boys'owym utworem, brutalne przejście w iście katastroficzny 'Extra Astronomical'. Dalej jest urocze 'Twin Flames' i 'Flashover', które znów kopie tyłek i jest o jakimś spotkaniu z ufo(?).
Podsumowując mój bardziej lub mniej jasny wywód: sinusoidalna budowa albumu, wspaniałe linie basu, psychodeliczne, intrygujące i inspirujące teksty, oryginalny artwork, wielka, gejowska, śpiewająca falsetem wiewiórka z głupią fryzurą (tak mam na myśli Jamiego). Zdecydowanie jestem na TAK! Klaxons dali radę. Nagrali dobrą płytę, do której zdecydowanie będę wracać.

Inną płytą, która zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie w tym roku jest debiutancka płyta amerykańskiego indie - rockowego The Drums, zatytułowana po prostu 'The Drums'. Kojarzy mi się ona z filmem 'The Endless Summer'. To taki dokument o serferach, którzy w latach sześćdziesiątych postanowili okrążyć świat w poszukiwaniu idealnych miejscówek do pływania na deskach. Bardzo pozytywny i zabawny film. Dokładnie tak jak The Drums.

Drumsi są zespołem jakie kochali nasi dziadkowie. Grają muzykę jakiej słuchali nasi dziadkowie, wyglądają tak jak wyglądali nasi dziadkowie. Założe się, że gdyby, któraś z pań przedstawiła takiego np. Joniego swojej babci, ta pękałaby z dumy i uwielbienia. Płyta jest prosta, ale urocza. Wesołym melodiom towarzyszą, przyziemne lecz często romantyczne teksty, klaskanie, chórki typu 'uuuuu' czy 'tututu'. Niby nic odkrywczego, takie indie granie z u-sa, niby ten sam pies co Vampire Weekend, ale budzą chłopcy moją sympatię swoim 'it's forever, baby, it's forever'. Och, jak łatwo mnie kupić jak gra się indie i jest się surferem! A jak wbija się przez okno na plan teledysku i odstawia taki performance jak Jonathan... obczajcie motyw: wejście > okulary > fryzura > zaczyna śpiewać > epicki krok odstawno - dostawny (1:10).



Z mniej przyjemnych wydarzeń. 19 sierpnia na zawał serca zmarł podczas festiwalu Pukkelpop Michael Been. Nie muszę chyba go specjalnie przestawiać. Człowiek, który zawsze stał pomiędzy Peterem, a Robertem i wspomagał zespół nie tylko jako dźwiękowiec i producent, ale także jako ojciec i przyjaciel. Jest nam z tego powodu niewymownie przykro.


PS: Tak, dałyśmy się nabrać na przyjazd BRMC do Polski w Maju 2011...

Można by jeszcze wiele pisać, jeżeli chodzi o muzyczne wydarzenia tego lata. Ja chciałabym jeszcze opowiedzieć o Orange i Coke, czyli festiwalach, które odwiedziłyśmy w tym roku. a mamy co przeżywać!

x

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz